Everest Base Camp Trek #1 – Z Phaplu do Namche Bazaar

Nasze pierwsze spotkanie z Kathmandu było krótkie i szalone. Wylądowaliśmy o 17:00 a lista rzeczy do zrobienia była całkiem długa. Po pierwsze – musieliśmy wypożyczyć puchowe śpiwory i kurtki na trekking w wyższych partiach gór. Dosłownie wskoczyliśmy do wypożyczalni kilka chwil przed zamknięciem. Zdobyliśmy ciepłe skarby i bylismy gotowi na dalszą misję. Punkt drugi – znaleźć hotel, przepakować wielkie plecaki i zostawić niepotrzebne rzeczy w przechowalni. Misja zakończyła się sukcesem! Ostatnią rzeczą było zdobyć bilety na jeepa, który dzień później miał zabrać nas do Salleri – punktu startowego naszej wędrówki. Wszystko poszło zgodnie z planem i o 5 rano dnia następnego siedzielismy w dyskusyjnie wygodnym pojeździe mechanicznym.

Jak długo zajmuje 300km podróż jeepem w Nepalu? 11 godzin! Jedenaście! Z dwoma któtkimi przerwami na jedzenie. Zajechawszy do Salleri podeszlismy 15 minut do Phaplu skąd następnego poranka rozpoczęliśmy naszą Himalajską przygodę.

Do przejścia mieliśmy około 60 km. Cel – Namche Bazaar, miasteczko gdzie rozpoczyna się główna trasa. Większość turystów wybiera lot do Lukli dzięki czemu ich podróż z Kathmandu trwa tylko dwa dni. Nam zajęło to pięć dni. Nie żałujemy tego czasu ani trochę. Trasa była malownicza, spokojna i jedyna w swoim rodzaju. No i wewnętrzna cebula była uradowana, jako że droga lądowa jest zdecydowanie tańsza.

Krajobraz zmieniał się bardzo gwałtownie. W jednym momencie szliśmy po piaskowej, ubitej drodze podziwiając długie, głebokie doliny. Chwilę później czołgaliśmy się po błotnistym (gdzie błoto było w połowie stertą oślego łajna), śliskim lesie. Wysokie szczyty pokazywały się na horyzoncie raz po raz przypominając nam o celu naszej wyprawy.

Byliśmy oczarowani różnorodnością krajobrazów. Jedna rzecz towarzyszyła nam przez całą drogę. Osiołki. Używane do transportu zaopatrzenia do wiosek gdzie nie dociera droga. Targają butle gazowe, worki ryżu, jabłek, wszystko, co może być potrzebne.

W stadach liczących około 15 sztuk, powinny powoli poruszać się jeden za drugim. Jak to wygląda w praktyce? Wyprzedzają jeden drugiego, blokując całą drogę. Niektóre, jednakże, potwierdzają przysłowie „uparty jak osioł”. Czasami spotykaliśmy jedną, samotną sztukę kontemplującą życie w samotności. Wolność trwa dopóki pasterz nie zorientuje się, że czegoś mu brakuje.

Wraz z wysokością krajobraz stawał się coraz bardziej malowniczy. Ośniezone szczyty pokazywały swoje oblicza coraz częściej. Za to w dole istne lato. W ciągu dnia bez kremu z filtrem ani rusz. Nie moglismy uwierzyć, że temperatury nie spadały poniżej 20 stopni! Noce były zdecydowanie himalajskie – bardzo docenialiśmy nasze wypożyczone śpiwory.

Czwartego dnia minęliśmy Luklę, wspomniane miejsce, gdzie większośc turystów rozpoczyna swój trek. Baliśmy się, że odbijemy się od kolejki jak na Giewont. Nic z tych rzeczy! Dopiero dnia później, przy wejściu do Parku Narodowego Sagramanthu, który swoim obszarem pokrywa większośc trasy, spotkaliśmy dziesiątki innych turystów. Po przejściu przez kasę tłum cudownie rozpłynął się po trasie i wcale nie było tak źle.

Od samego początku Sagramanthu pokazał swoje piękno. Trek idzie wzdłuż rzeki Dudh Koshi co oznacza „mleczna rzeka”. Nazwa jest bardzo adekwatna, bo dokładnie tak ona wygląda. Co jakiś czas przekraczalismy rzekę przez podwieszone mosty, za każdym razem coraz wyżej ponad taflą wody.

Droga była bardzo stroma, ale każdy rzut oka za siebie wynagradzał nasz trud.

Do Namche dotarliśmy około południa. Miasteczko nie zachwyciło nas ani trochę. Jest wypełnione sklepami ze sprzętem, gdzie można zrobić zakupy na ostatnią chwilę. Sprzedawcy mają setki klentów każdego dnia, więc nawet nie próbują udawać miłych. Raz nawet zostaliśmy wyrzuceni ze sklepu za targowanie!

Piąty dzień treku był dniem na odpoczynek. Namche jest piewszym noclegiem powyżej 3000m, więc każdy powinien spędzić tam dwie noce aby dać swojemu organizmowi czas na aklimatyzację. Dzień ten spędzilismy na wędrówce po okolicy w poszukiwaniu pierwszego widoku na Everest.

Ta misja zakończyła się niepowodzeniem, wstydliwy Everest ukrywał się za chmurami. Mimo to, podobało nam się to co widzieliśmy i byliśmy gotowi na nadchodzące dni.

1 Comment

  1. […] z radościa i nutką ekscytacji opuściliśmy Namche, o którym pisaliśmy w poprzednim poście Everest Base Camp Trek #1. Od samego początku naszym głównym celem był Everest Base Camp. Tam, ludzie którzy chcą […]

Comments are closed.

Scroll to top